Otworzyłam oczy i
zobaczyłam białe pomieszczenie, a więc to było to światełko. Poruszyłam palcami
u rąk, ale nogi i ręce nie chciały mnie słuchać, nie czułam ich. Leżałam w białej
sali w białym łóżku, na twarzy miałam maskę z tlenem, obok mnie stała kroplówka
i jakieś dziwne urządzenie które co chwila pikało. Kaszlnęłam, byłam cholernie
głodna i chciało mi się pić. Znów rozejrzałam się dookoła, na półce przy łóżku
stał wazon z kwiatami i mnóstwo pudełek z czekoladkami, niektóre były już otwarte.
Próbowałam się ruszyć ale nie mogłam, gdzie ja byłam?! To szpital? Boże jestem
w szpitalu… Co się dzieje?!
- Hal..!- skrzyknęłam, z trudem mi się mówiło.
Skupiłam się i spróbowałam jeszcze raz:
- Haloo!
Nagle do pokoju wbiegła jakaś pielęgniarka i moja ciotka…
Moja ciotka?!
- O matko obudziła się!
- Co się dzieje?- skrzyknęłam.
- Cichutko… Wszystko ci opowiem.- ciocia się uśmiechnęła.
Pielęgniarka zawołała lekarza, zaczęli mnie badać i oglądać.
Czułam się strasznie dziwnie, nie mogłam się ruszać i byłam wystraszona, a
lekarz nawet nic mi nie wytłumaczył. W końcu zostałam sam na sam z ciocią Annie.
- Ciociu, co tutaj się dzieje?
Kobieta siedziała na krzesełku przy moim łóżku ze smutną
miną.
- Pamiętasz jak miałaś z rodzicami jechać na festyn
charytatywny?
- Tak.- nie spuszczałam z niej wzroku.
- To było dwa lata temu, mieliście wypadek i tylko ty
przeżyłaś, jednak zapadłaś w śpiączkę.
- Wyjdź.- warknęłam.
Wstała i wyszła nie odzywając się. Gdy zostałam sama to
wybuchłam płaczem. Wszystko umarło. Nie mam już nic.
Minął jakiś miesiąc,
ukrywałam swoją rozpacz w głębi siebie, chciałam żyć dalej i zrobić coś by
ludzie nie cierpieli tak samo jak ja. Skupiłam się więc na rehabilitacji, szło
mi całkiem nieźle, potrafiłam już chodzić (koślawie, ale chodziłam) i pisać. Dowiedziałam
się, że mam chore serce, ale czułam, że stawałam się coraz silniejsza. Pewnego
wieczoru do Sali w której leżałam przyszła pewna staruszka, wyglądała na biedną
i schorowaną:
- Witaj moje dziecko.
- Kim pani jest?- odstawiłam kubek z herbatą na stolik obok
łóżka.
- Znajomą, dobrą duszą. Mam dla ciebie prezent.- położyła
jakaś książkę na moich nogach.- Wiem że jesteś schorowana, ale wypróbuj.- potem
wyszła.
Nie mogłam wyjść z szoku, kto to w ogóle był? Wzięłam książkę
i otworzyłam, na pierwszej stronie widniał napis „Przyzywanie demona”. Czytałam
dalej, w sumie to nie było takie trudne, można było spróbować, chodź i tak w to
nie wierzyłam. Z trudem wstałam z łóżka i u siadłam na środku sali.
- Teraz muszę nakreślić pentagram z własnej krwi na podłodze,
niestety mam tylko jedną świeczkę. Nie ważne to i tak się nie uda.- mruczałam
do siebie pod nosem.
Znów wstałam i podeszłam do szafeczki w której miałam nożyczki
i świeczkę na wypadek gdyby nie było prądu w szpitalu. Znów usiadłam na
podłodze i zapaliłam przed sobą świeczkę. Do głowy zaczęły mi napływać jakieś
dziwne myśli. Zignorowałam je jednak i przejechałam nożyczkami po ręce.
Nożyczki były dosyć ostre więc szybko rozcięły moją skórę i poleciała mi krew. Nakreśliłam
na podłodze krzywy pentagram i wymówiłam słowa takie jakie były napisane w
książce:
- Przybywaj, mówię ci, przybywaj demonie zły, zasady
ustalimy, pakt zawrzemy, pakt wypełnimy. Umrzemy.
Świeczka zgasła, parsknęłam śmiechem, widocznie w nią dmuchnęłam. Nic
się nie wydarzyło, tak jak myślałam. Chociaż muszę przyznać, że jak wymawiałam
te słowa to dziwnie się czułam, przed oczami przelatywały mi różne obrazy i
miałam wrażenie, że czuję gnijące mięso. Może ja zwariowałam? Może szaleje?!
Niedługo pewnie psychiatra będzie moim jedynym przyjacielem! Złapałam się za głowę
i skuliłam. Boże! Dlaczego ja czuję krew?! Nagle ktoś mi położył rękę na
ramieniu, po ciele przeszły mi dreszcze i zdrętwiałam. Nie umiałam nawet
krzyknąć.--------------------
Witam to blog pisany przeze mnie i moją koleżankę, ona będzie pisać jako Gabriel, ja jako Elizabeth. Jak na początek rozdzialik krótki, później będzie dłuższy, obiecuję :)
Komentujcie i oceniajcie :D
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz